poniedziałek, 1 lipca 2013

Co znaczy być Misjonarzem Krwi Chrystusa



Pytanie, Co znaczy być Misjonarzem Krwi Chrystusa? towarzyszy mi od początku mojego powołania. W tym roku w czerwcu minie 25 lat posługi kapłańskiej i ponad 31 lat pobytu w Zgromadzeniu. Poszedłem do tego Zgromadzenia ponieważ pragnąłem dać coś więcej Jezusowi. Miałem okazję poznać formację do kapłaństwa w seminariach diecezjalnych wrocławskim i siedleckim i tam walczyć o życie duchowością Krwi Chrystusa w ukryciu. Pamiętam jak w kaplicy seminaryjnej, czy w pokoju po kryjomu czytałem z wielkim pragnieniem konstytucje naszego Zgromadzenia, a będąc po profesji wieczystej w 1987 r. nie mogłem oficjalnie używać krzyża misyjnego. Była we mnie tęsknota do bycia Misjonarzem Krwi Chrystusa. Pamiętam w tych rozmaitych zadaniach, które mi powierzano, czy jako odpowiedzialny za WKC w Podregionach, czy jako przełożony, czy jako dyrektor hospicjum, czy jako kustosz i budowniczy Sanktuarium Krwi Chrystusa w Częstochowie zwykle pragnąłem najpierw być misjonarzem a potem przełożonym, dyrektorem, czy proboszczem. Chciałem pamiętać o najważniejszym celu mojego powołania, czyli o zbawieniu człowieka, o prowadzeniu każdego do Chrystusa, który zbawia człowieka także dziś. Kiedy w styczniu 1998 r. zostałem wysłany do Łabuniek k/Zamościa z celem stworzenia Domu Misyjnego i Hospicjum zastanawiałem się nad celem prowadzenia hospicjum przez nasze Zgromadzenie. Odpowiedź była jedna. To tylko ma sens jeśli będziemy walczyć o zbawienie tych ludzi, jeśli to będzie misją, jeśli dostrzeżemy w tych chorych Krzyk Krwi Chrystusa. Poniżej chciałbym podzielić się  moim doświadczeniem wiary z tego okresu, z posługiwania w  hospicjum.

Spotkanie z Jezusem Zmartwychwstałym

Moje doświadczenie wiary, czyli spotkania z Jezusem Zmartwychwstałym dokonało się, kiedy odwiedzałem chorych w hospicjum w Łabuńkach z posługą kapłańską. Do tej pory, pracując w wyjazdowym (domowym) hospicjum, nie miałem tak często do czynienia z umieraniem i śmiercią jak od chwili, kiedy otwarto oddział stacjonarny. Już wcześniej wiedziałem, że śmierć jest najważniejszym momentem w życiu człowieka, od którego zależy jego zbawienie i że do tej chwili przygotowuje się on całe życie. Miałem także w pamięci sielankowe obrazy o umieraniu z filmów, książek czy opowiadań rodzinnych. W nich chory zdążył się pojednać z Bogiem i pożegnać z rodziną, dokładnie podzielić swój majątek i wyrazić swoją ostatnią wolę w testamencie.
W hospicjum śmierć często wyglądała inaczej. Najbliższa rodzina, nie wiedząc jak zachować się w tej sytuacji przy łóżku ciężko chorego, nieraz w ogóle nie chciała być przy śmierci, bądź zapędzona swoimi zajęciami i pracą nie miała czasu być ciągle przy nim. W tej sytuacji – kto może być częściej przy chorym? Pielęgniarka, lekarz, duchowny, wolontariusz. Zrozumiałem, że mam zacząć od siebie i w zastępstwie rodziny mam być obecny przy umierającym, mam stać przy nim ze światłem gromnicy, z modlitwą, z nadzieją Zmartwychwstałego. O tym wiedziałem, lecz dotąd tego jeszcze nie doświadczyłem. Chciałem być z umierającym, trzymać go za rękę, wpatrywać się w jego twarz i wsłuchiwać się w oddech, często zanikający i powracający na nowo nieregularnie. Strach był wielki. Przychodziła naprzeciw niego wiara w słowa Jezusa: Ja Jestem Zmartwychwstaniem i życiem, kto wierzy we Mnie, choćby i umarł, żyć będzie (antyfona z jutrzni oficjum o zmarłych). Tak, wierzyłem w te słowa, ale stanie na Golgocie umierania naszych chorych (czasami kilka osób w ciągu doby) było bardzo trudne, kiedy dochodziły inne obowiązki domowe, stres i zmęczenie.
Działo się to do momentu, kiedy w marcu minionego roku (1999)przyjechał do naszego hospicjum na dzień skupienia Ks. Eugeniusz Dutkiewicz SAC. W jednej z konferencji mówił o umieraniu jako Misterium (tajemnicy), w której dokonuje się spotkanie z Chrystusem Zmartwychwstałym. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział (...) Przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem (J 14, 2-3). Umieranie nie jest przechodzeniem tylko, lecz wstępowaniem człowieka. Jezus Zmartwychwstały zstępuje do niego i następuje dialog człowieka z Bogiem. Ci, którzy stoją przy łóżku umierającego, nie są przenoszącymi lub przepychającymi umierającego do nieba. Co najwyżej przekazują go w „dłonie” Jezusa. To On przychodzi, zstępuje, a człowiek Jego mocą wstępuje do Boga. Dotknięty łaską zrozumienia tej prawdy, odtąd miałem w sercu  radość, kiedy byłem wzywany do umierającego, niezależnie od pory dnia, bo wiedziałem, że Zmartwychwstały zaprasza mnie na spotkanie ze sobą. A ja mam kochać chorego do jego ostatniego drgnienia serca i oddechu, aż wezwie go do siebie Jezus, Zmartwychwstanie i  Życie.
Ks. Bogusław Witkowski cpps

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz